mur8

Kiedy wiedzieliśmy już, że wizy do Rosji mamy zapewnione, przyszedł czas na przedostatni akord w drodze przez Chiny. Wizyta w tym kraju byłaby nieważna bez przespacerowania się po Wielkim Murze. Wiedzieliśmy, że będzie komercyjnie. Kiedy przychodzi do oglądania słynnych miejsc, w tym kraju inaczej się po prostu nie da. Im dłużej tu jesteśmy tym bardziej mamy tego dość. Powiedzieliśmy więc sobie: jedziemy na Mur, ale niekomercyjnie! Poszukamy miejsca gdzieś z daleka, ominiemy kasy biletowe, kolejki linowe i hordy przewodników z megafonami. Łatwo powiedzieć. Tylko jak wykonać? Naszym pragnieniem było spędzenie nocy w murze. Nic podobno trudnego – wystarczy wiedzieć gdzie oraz… mieć śpiwory. Te ostatnie wracały do nas w paczce i ugrzęzły gdzieś na chińskim cle. Bez ciepłych śpiworów o tej porze roku nocowanie w murze byłoby więc pomysłem co najmniej głupim. Zdecydowaliśmy się więc na zwykły spacer.

Mur to konstrukcja ciągnąca się tysiącami kilometrów. Znaczna jego część jest jednak w ruinie i tylko niektóre fragmenty odnowiono i udostępniono do zwiedzania. Jak, mając tylko jeden dzień, znaleźć w okolicy Pekinu kawałek Muru tylko dla siebie? Z pomocą przyszła relacja naszych znajomych, którzy kilka lat temu odkryli takie właśnie miejsce: Huanghua, zaledwie 60 km od granic metropolii. W Chinach to tyle co nic, najwyżej krótki wypad za miasto. Szperając w sieci odnajdujemy prosty sposób na dotarcie tam. I ciesząc się z oszukania systemu wyruszamy o świcie z Pekinu.

Autobus miejski jadący na północ odnajdujemy bez kłopotu. Po godzinie lądujemy w Huairou, mieście gdzie czekać miały tanie mikrobusy na miejsce. I tu pierwszy zgrzyt: busów na poboczu drogi stoi co prawda dużo, ale nikt z kierowców ani w ząb nie rozumie dokąd chcemy się dostać. „Huanghua, Huanghua” – powtarzamy zmieniając intonację i przeklinając chiński język tonalny, ale bez rezultatu. Wszyscy jak jeden mąż proponują podwiezienie w inne miejsca, o których wiemy, że zaleją nas falą komerchy. Chodzimy w kółko, pytamy. Jakaś kobieta pojmuje w końcu o co nam chodzi. „Huang-hua!”. „No, Hu-ang-hu-a, mówię przecież”. Coś jest nie tak z naszą wymową, ale nie wiemy co. Jakiś kierowca wyciąga mapę i pokazuje palcem miejscowość. „50 kilometrów!”. Bez przesady, może 35 będzie, co nie zmienia faktu, że w pożądanym kierunku nie odjeżdża tutaj nikt. Za wynajęcie taksówki proponują nam jakieś dzikie sumy. Przeświadczeni, że coś jednak musi tam jechać idziemy do centrum Huairou. Na chybił-trafił włóczymy się ulicami szukając dworca autobusowego z prawdziwego zdarzenia. Mija godzina zanim trafimy na mała zatoczkę w podrzędnej ulicy, wypełniona mikrobusami. Kaszana. Kiedy wreszcie udaje nam się porozumieć (znowu dzięki kobiecie) odpowiedź jest ta sama. Nic nie jeździ, ale za 100 juanów od osoby… Podobne rozmowy odbyliśmy jeszcze na dwóch przystankach z taksówkarzami. Wreszcie zrezygnowani zmieniamy kierunek. Obieramy za cel Mutianyu, miejscowość jeszcze dalej na północ. Zapłacimy za bilet, za mikrobus też. Tylko niech ktoś nas stąd zabierze! Zaczynamy iść szosą mając nadzieję złapać jakąś okazję, ale odległość znowu nas pokonuje.

Jak zwykle pomoc przychodzi w chwili, w której najmniej się jej spodziewamy.

Niespodziewanie lądujemy obok zajezdni autobusowej. Taksówkarze są chętni do pomocy, ale cena jaką proponują za podwiezienie do Mutianyu i z powrotem trochę nas dobija. Próbujemy negocjować proponując przejazd tylko w jedną stronę – może w drugą będzie nam łatwiej coś znaleźć na miejscu? W tym momencie pojawia się nagle przy nas młody Chińczyk mówiący po angielsku. W tym kraju, który sam siebie uważa za cały świat, każdy znający kilka słów w tym języku to już poliglota, chłopak mówi jednak całkiem dobrze. Szybko wyjaśniamy o co nam chodzi, on staje się naszym tłumaczem w negocjacjach. Mija 20 minut zanim dochodzimy do porozumienia. Ostatecznie dobijamy targu: 60 juanów za 30-kilometrową podróż do Muru i tyle samo za popołudniowy powrót. Nie wiemy czy kierowca będzie czekać na nas przez cały ten czas, czy wróci do miasta? W sumie to bez znaczenia, byle pojawił się o umówionej porze. Dziękujemy za pomoc chłopakowi, wskakujemy do taksówki i ruszamy. Droga prowadzi w góry. Pół godziny później kierowca pokazuje nam odległa konstrukcję ciągnącą się wysoko na grzbiecie. Podjeżdżamy na parking i umawiamy się na piątą po południu mając nadzieję, że dotrzyma umowy.

Wielki Mur w Mutianyu to zdecydowanie nie najdziksza część starożytnej konstrukcji. Na budowlę, biegnącą grzbietem, prowadzą wygodne schody. Na tych który podchodzić nie chcą lub nie mogą czeka wyciąg krzesełkowy oraz kolejka gondolowa. Zjechać można nimi lub korzystając z toru bobslejowego nieopodal! Wszystko otoczone jarmarkiem pamiątek. Miejscowość jest podobno mało komercyjna w porównaniu z fragmentem w słynnym Badaling. Jeśli tak, nie chcemy wiedzieć jak wygląda tamten.

Mur zaskakuje nas spokojem. Na zakrętach czają się co prawda sprzedawcy przekąsek, przyjechaliśmy jednak w dzień powszedni, w dodatku poza sezonem, więc tłumów nie ma. W wielu miejscach możemy poczuć się zupełnie sami. Tam gdzie kończy się wyremontowana część budowli stoi tabliczka zakazująca wstępu. Ślady pokazują jednak, że spacer dalej nie jest problemem. Docieramy na zrujnowaną wierzę, otoczoną zaroślami i jesteśmy tu zupełnie sami. Mur wije się kilometrami na szczyty odległych gór i kusi, aby podążyć nim w dal, taka wędrówka wymagałaby jednak śpiworów, jedzenia, a przede wszystkim czasu… Widok przed nami kusi. Przejść cały Chiński Mur? A dlaczego nie?

Zawracamy i wędrujemy na północ. Stromizna schodów daje wyobrażenie o wysiłku jaki wymagało poprowadzenie Muru dokładnie w linii grzbietu, bez względu na nachylenie zboczy. Budowla nie jest potężna, sześć metrów na szerokość, dziesięć wzwyż. Jej potęga tkwi jednak w niewyobrażalnej długości. Wystarczy zatrzymać się na jednej z dawnych wierz strażniczych, by to zrozumieć i to nawet kiedy widzi się ułamek procenta z kilku tysięcy kilometrów jego długości.

Po południu Mur wyludnia się jeszcze bardziej. Sprzedawcy zwijają się, chińskie rodziny wracają do miasta. Gdy przed piątą zjawiamy się na dole kierowca macha do nas z taksówki. Nie wiemy czy czekał na nas  przez kilka godzin? Pół godziny później, w Huairou, wręczamy mu drugą połowę zapłaty i łapiemy autobus do Pekinu.

Chcieliśmy stanąć na Wielkim Murze i wreszcie się udało. Czy się opłaciło? Zdecydowanie tak! A że nie wyszła nam wyprawa niekomercyjna? Cóż, przebolejemy.

Przed nami kwiecień na Syberii, tam może zaznamy upragnionej swobody. Tylko najpierw musimy przekroczyć kolejną granicę – a to ostatnio nie jest naszą mocną stroną.

Jest stromo!





Stare fragmenty Muru czekają na odkrywcę.




:)




Komentarze: 8 o “Spacerem po Murze”

Komentarze (8)
  1. Marian pisze:

    W Chinach mur zaliczony to juz tylko zostało sie do Komunistycznej Partii Chin zapisać! Moze przejazdy byłyby tańsze ;)

  2. Marek pisze:

    Przejść cały Chiński Mur, niezły pomysł. Może się skuszę :>. Jak myślicie, jest to możliwe?

  3. Izunia pisze:

    Komercha czy nie, i tak robi wrażenie!
    O, cztery Ole widzę :)

  4. Maćko pisze:

    Jak zwykle świetne fotki!
    Czy Chińczyków tak dużo, bo pączkują niczym Ni na murze???

  5. Łukasz pisze:

    Przejscie calosci? Juz o tym pomyslalem! Zajeloby pewnie troche czasu, ale chyba mozliwe. W koncu to marne 6000 kilometrow :)

  6. Jakub O. pisze:

    Hej, jak się robi takie zdjęcie z czterema Niklami? :)

  7. Gosia pisze:

    WOW. Po prostu WOW.

Zostaw komentarz

(wymagane)

(wymagane)

© Droga do Shangri-la. Prawa autorskie zastrzeżone. Suffusion WordPress theme by Sayontan Sinha